mactr

Odpowiedź forum utworzona

Wyświetlanie 8 wpisów - od 49 do 56 (z 271 w sumie)
  • Autor
    Wpisy
  • w odpowiedzi na: Nagłaśnianie trąby #6996
    mactr
    Członek

    Hej!

    Oczywiście, mikser, który polecasz jest jak najbardziej ok, ale fakt – na przyszłość będę potrzebował większej ilości kanałów, a kupowanie dwóch mixów to już przesada dla mojej kieszeni :). Poza tym, tego sprzętu nie będę tachał na plecach raczej nigdy, więc problem gabarytów odpada.
    Jeśli chodzi o ilości mikserów :), to na razie nie mam obrazu jak to będzie wyglądało na większych scenach, ale mamy ustalone tak, że „realizator” dostaje tylko jeden wspólny sygnał z naszego „głównego”:) mixa. A ja ze swoim wpinam się właśnie w nasz „główny”, który stoi sobie parę metrów ode mnie. Odsłuch dla mnie pójdzie też z głównego i jest to raczej jakiś monitorek, nie słuchawki.

    Generalnie w tym sprzęcie chodzi mi o phantoma i „autonomiczne” panowanie nad swoim dźwiękiem za pomocą korektorka i najlepiej jeszcze jakiejś wbudowanej kamerki. Wiem, że są na rynku niesamowite jednokanałowe zabawki z phantomem, ale jak sobie pomyślę, że mam dać za to kilka stów, a tyle samo (a nawet mniej) będzie kosztował mnie mix, który daje mnóstwo możliwości (można w niego wpinać innych urządzeń do oporu), to wybieram to drugie. Tym bardziej, że w tym porównaniu jedynym minusem tego drugiego jest jego masa.

    Jeśli chodzi o majk, to miałem te same obawy. Jeśli muszę wylać szlam z trąby, to zwyczajnie odginam kapsułę od roztrąbu. Jak już trzeba się bardziej „pobawić” z instrumentem robię dwa kroki i ściszam się na mikserze (tu przydałoby się momentalny przycisk wyciszenia, który po wyłączeniu nie pierdnąłby po kolumnach). Na warunki kotletowo-knajpiane 🙂 kontrola przy pasku nie jest niezbędna, tak mi się wydaje…

    Nudny ten temat, ale może ktoś się włączy?? 🙂

    Pozdrawiam!

    w odpowiedzi na: Nagłaśnianie trąby #6994
    mactr
    Członek

    Cześć Jazzik!

    Będę bronił miksera :). Z tego, co się orientuję, na tym sprzęcie można zrobić powrót całego sygnału z głownego mix-a i wyprowadzenie go na słuchawy (czy coś w tym stylu :)). Poza tym taki mikserek na własność przyda mi się do innych, nietrąbkowych, celów. Nie będę tego i tak nosił na plecach za często :).
    Naturalnie, niestety potrzebuję wejścia z phantomem, więc bezpośrednie wpięcie w ten equalizer nic chyba nie da (to jest gitarowe i tam jest Jack na wejściu?). Wydaje mi się, że są następujące wyjścia z sytuacji:
    1. Durnowata bateryjka od AKG za prawie 2 stówy, która sama w sobie, poza zasilaniem nie ma żadnych możliwości (tak jak inne przedwzmacniacze do paska)
    2. Jakiś gitarowy pre-amp lampowy, np. Behringer (stosunkowo tania sprawa, ale już cholernie nieporęczna – do rack’a). Teraz na tym przędę :).
    3. Mikserek z phantomem właśnie – te małe Behringery mają dodatkowo jakiś tam pseudo-procek efektów na każdy kanał.
    4. Jakieś kosmiczne rzeczy, które ma Saskia Laroo – pewnie cholernie drogie i nie do wytropienia w necie :).

    Mikrofon to C419 z dużym XLR. Wpinam się do miksera z tym przez wspomniany pre-amp. 3 metry kabla do zadań „kotletowych” 🙂 daje wystarczającą swobodę. Oczywiście mike ten zbiera wszystko z trąby, więc trzeba wymienić podkładki w tłokach :), uważać z wydmuchiwaniem wody z trąby, nie mruczeć nic, hehe. Nie zbiera jednak nic z otoczenia – można się prawie do niego drzeć 🙂 i jest ok. Jeśli starannie „pokręcisz pokrętłami” :), to uzyskasz brzmienie, jakiego szukasz. Ten mikrofon na nie na pewno nie wpłynie – trąba brzmi naprawdę naturalnie. Szyjka jest wygodna (dowolnie sobie ustawisz odległość), mikrofon leciutki (niepozorny jak cholera :)). No i przede wszystkim swoboda grania – nawet bez systemu bezprzewodowego. To jednak zdecydowanie już nie to, co granie do mike’a na kiju (swoją drogą, podziwiam ludzi, którzy potrafią grać „na baczność” :)).

    AKG to na normalną kieszeń wysoka klasa.
    Oczywiście można sobie kupić SD Systems (taki, jak Bottiego)… Ale 1500 złotych za mikrofon z pre-ampem do paska? Ja dziękuję :). Wg. mnie AKG jest to rzecz na poziomie (żaden realizator raczej nigdy nie powinien spojrzeć na niego krzywym okiem :)) Cena w stosunku do jakości jest jak najbardziej ok.

    Polecam i pozdrawiam! 🙂

    w odpowiedzi na: 1re Etude De Concours – A. Petit #10354
    mactr
    Członek

    Hej!

    Też się dołączam do błagań o te kwity :). Skądś kojarzę ten utwór, ale przekopałem zasoby i nic?!
    Coś czuję, że będzie więcej chętnych – może wrzucić by je na jakiś Rapidshare albo coś w tym stylu :).

    Wielkie dzięki i pozdrawiam!

    w odpowiedzi na: Którą z tych trąbek najlepiej kupić: #5860
    mactr
    Członek

    Witam!

    Kolego Larcz, serio pisałeś o tym „powyżej c3…”? 🙂
    Hehe, każdemu pewnie coś trzeszczy powyżej c3 i raczej nie jest to wina trąbki :).
    Na pewno nie będzie to problem dla samego zainteresowanego, który , jak powiedział, jest początkującym trębaczem :).
    Zostaję przy Jamaszce!

    Pozdrawiam!

    PS.
    Sindbadzie, nie oceniaj instrumentu, jeśli w ogóle pierwszy raz w życiu dmuchasz w trąbę. Nie można oceniać dźwięku wylatującego z rury, kiedy nie potrafi się go prawidłowo wydobyć. Poproś jakiegoś – już grającego – kolegę trębacza, niech sam podmucha i oceni brzmienie, ew. szczelność itd. Inna sprawa – przy Twoich „nietrenowanych” palcach nie masz co nawet porównywać tłoków (noo, chyba że w którejś z tych trąb zatrzymują się w połowie :)).

    w odpowiedzi na: Gdzie jest sznurek… #13840
    mactr
    Członek

    Witam!

    Kiedyś było tu chyba o ćwiczeniu piano w kontekście robienia góry.
    Pozwolę sobie temat odświeżyć.

    Jakiś czas temu zacząłem ćwiczyć w ten sposób. Nic szczególnego – przez paręnaście minut dziennie gram sobie gamki, skale p i pp…
    Zdarzało mi się kiedyś ćwiczyć piano, ale po to, żeby po prostu móc grać piano. Nigdy nie robiłem tego w celu rozwinięcia skali. A tu proszę! W tym kierunku to także działa!

    Nie chodzi tu o to, że pitolenie piano tak po prostu „wywołuje” wysokie granie. Chodzi tu oczywiście o kontrolę powietrza, której podświadome poprawne „zaprogramowanie” pozwala na swobodną grę wysoko i nisko. Chyba chodzi o to, że jeśli możemy utrzymać nieprzerwany pochód w piano, to to musi znaczyć, że ciągle dmuchamy, stałym ciśnieniem, prawda? A to jest klucz do „góry”.

    To naprawdę ciekawe uczucie, kiedy choćby po zagraniu jednej gamki (w średnicy albo nisko) przy dynamice ppp odkładam na sekundkę ustnik, przykładam z powrotem i bez zbędnych myśli jadę F-dur od f1 do f3 i z powrotem do małego (legato) bez żadnego napięcia, zmiany pozycji warg, darcia się. Mi się to udaję raz, może dwa, pewnie dlatego, że poprawne odruchy jeszcze się nie „ułożyły” i po chwili mózg ustawia nas w poprzedniej, „złej” pozycji.

    Gadam o tym dlatego, że to cholernie prosta metoda jest, która daje zauważalne efekty i nieprzekonanym może się przydać.

    Zostaje jeszcze kwestia siły mięśni warg itd. Tu świetnie sprawdza się u mnie Caruso – gram tylko pierwsze interwałowe ćwiczenie codziennie – tak jak „stoi w piśmie” 🙂 i to też daje efekty. Wytrzymałość gęby rośnie.

    I teraz czas na załatwienie własnych interesów :):
    Czy też bawicie się regularnie w to piano? Z jakimi „wytrzymałościowymi” ćwiczonkami to łączycie? Ile dziennie?
    Dr Marcin, zgłoś się! 🙂

    Zaznaczam, że nie mam „snajperskich” ciągot, ale swobodne, eleganckie, klasyczne granie do f, g3? Czemu nie! 🙂

    Pozdrawiam!

    PS
    Czekam na opinie i rady!

    mactr
    Członek

    Witam!

    Heh, a jaka jest definicja „zawodowego” muzyka? Co trzeba zrobić, żeby móc tak o sobie mówić? Może należy sobie zrobić 5 dyplomów, kupić instrument od Monette, a może nie wolno się nigdy mylić w grze? Hehe, trochę więcej dystansu życzę wszystkim „zawodowcom” – prawdziwi profesjonaliści unikają takiego gadania o sobie, nie chwalą się gażami i nie przeżywają klimatyzowanych tramwajów. Udało mi się kilku prawdziwych profesjonalistów w moim „amatorskim” 🙂 życiu spotkać – są oni normalniejsi i skromniejsi niż niejeden uczeń szkoły muzycznej i członek festiwalowej orkiestry dętej :).

    Piszę dlatego, że Wy ciągle o tych „dobieranych zawodowcach”, a tak naprawdę nie wiadomo o kogo w zasadzie chodzi. Dyrygent zaprosił sobie kilku muzyków, którzy są po prostu instrumentalnie sprawniejsi niż „etatowi” członkowie, po to, żeby muzyka była lepsza… Gdzie tu problem? Idiotyczne to wszystko jakieś…

    Pozdrawiam!

    PS
    Tak w ogóle – 6 stów za dwie próby i wyjazdowe granie to nie jest nie wiadomo jaki szał :). Nie ma się czym chwalić, hehe… 🙂

    w odpowiedzi na: Którą z tych trąbek najlepiej kupić: #5854
    mactr
    Członek

    Witam!

    Jednak srebrna czwórka od Yamahy wygrywa z tą konkurencją. Bacha 300 miałem w ręku parę miesięcy temu nie robi ona szału, nie ma sensu kierować się tym, że Bach to Bach, że robi świetne Stradivariusy itd. Jeśli chodzi o Getzen, to robi podobno fajne trąby, ale te z najwyższej półki… To samo King – te modele za 2500 zielonych to przepiękne „jazzowe”:) instrumenty (kto na nich grywał!!).

    A ta Yamaszka (ale GS) to naprawdę porządna rzecz. W odróżnieniu od konkurentów po niej nie widać przy pierwszym spojrzeniu (hehe, w ogóle nie widać), że to jakiś model nieprofesjonalny, ktoś poszedł na łatwiznę itd. Widać dbałość o szczegóły, świetnie wykończona, świetny lakier no i blacha, do której za tę cenę nie można się przyczepić. Ta trąba nadaję się do normalnego, koncertowego grania. Pewnie, że można najgorsze rzeczy na Yamahę mówić, ale wytwórcom tych trąb nie można zarzucić lekceważenia klienta. Bardzo dobra mechanika, dobre brzmienie, fajne wykończenie. Można z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to porządny szkolny model trąby, z którego wiele można wydobyć. Wracając do tego Bacha – dla mnie to taka lekko toporna konewka, nie obrażając żadnego z jej właścicieli :).

    Polecam Yamahę, Getzena nie znam za bardzo, a Bach przereklamowany :).

    Pozdrawiam!

    w odpowiedzi na: najbardziej charakterystyczne brzmienia #10335
    mactr
    Członek

    Witam!

    Prawdę mówiąc to trafniej potrafię rozpoznawać gitarzystów, saksiarzy i bębniarzy :), no ale jak już gadamy o trąbach…

    Klasyka – nie do podrobienia są: Timofei Dokszicer, Maurice Andre.

    Jazz: jasne, że Baker, Miles, Dizzy z tłumikiem 🙂 (jednak nie jestem fanem ich brzmienia:)), ale i nieraz trafię w Clarka Terry’ego, Arta Farmera :). Nie można nie rozpoznać Randy’ego Breckera (zwłaszcza, kiedy odpali jakiś efekt:)).

    Można, i pewnie bez trudu (w końcu jaki mamy wybór?:)), wyczaić każdego z Polaków – Stańkę i Wojtasika to już chyba w 100%.

    Dla mnie niedoścignione brzmienie jazzowe to chyba jednak Clifford i Lee Morgan, a w klasyce pewnie Wynton (goni go powoli Nakariakov). Z drugiej strony – za mało słucham trębaczy, by posiadać już betonową opinię, więc pewnie niebawem znajdę kolejnych faworytów.

    Jak zwykle polecam pana Seana Jonesa, który zastrzelił mnie kiedyś swoją płytą „Roots” :).

    Pozdrawiam!

Wyświetlanie 8 wpisów - od 49 do 56 (z 271 w sumie)

Uwaga: Przeglądając stronę akceptujesz naszą Politykę Prywatności BRASSerwis.pl 2001 - 2024 Wszystkie prawa zastrzeżone.

lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

Nie pamiętasz hasła ?