Trafić we właściwy dźwięk na waltorni, to jak strzelać z daleka do małej tarczy - mówi Jacek Muzyk, który w niedzielę wystąpił w auli UAM z Orkiestrą Agnieszki Duczmal.
Jacek Muzyk to z pochodzenia krakowianin. Od 1989 r. działa w Stanach Zjednoczonych, jest pierwszym waltornistą Buffalo Symphony Orchestra. W niedzielę usłyszeliśmy dwa koncerty na róg Mozarta (2 i 4) w jego wykonaniu z towarzyszeniem poznańskiej Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia "Amadeus".
Te i pozostałe dwa koncerty muzycy zarejestrowali dla Polskiego Radia. W planach jest wydanie płyty.
Z solistą rozmawialiśmy przed koncertem.
Jolanta Brózda: Róg, inaczej waltornia, z którą związał Pan swoje życie, uchodzi za bardzo trudny instrument.
Jacek Muzyk: Nie ja związałem, tylko mi związano, tak jak 99 proc. waltornistów.
Jak to?
- Bo instrument jest trudny, a kojarzy się najczęściej ze strażą pożarną. Myliłem go z rożkiem angielskim [instrument nie mający nic wspólnego z waltornią, podobny do oboju - przyp. red.]. W szkole muzycznej grałem na fortepianie, ale uznano, że nadaję się do grania na innym instrumencie. Miałem wybierać między puzonem a waltornią. Każdy zdrowy człowiek wybrałby puzon, co też zrobiłem. "W takim razie będziesz grał na waltorni" - powiedziała pani nauczycielka.
Co takiego strasznego jest w waltorni?
- Że jest trudna - to fakt. Że można na niej spektakularnie kiksować - to też fakt. Na flecie w szybkiej gamie można zrobić po drodze tysiąc kiksików, a i tak nikt nie zauważy. A kiedy waltornia kiksuje, włosy dęba stają.
Różne wysokości dźwięków wydobywa się, manewrując wargami. Dodatkowe narzędzia to wentyle, poruszanie ręką w czarze. Wysupłanie właściwych dźwięków jest bardzo trudne - to jak strzelanie z daleka do małej tarczy. Kiedy pani chce na fortepianie uderzyć w klawisz "c", to choćby pani umierała ze strachu, choćby było trzęsienie ziemi - to zawsze będzie "c". A na waltorni wystarczy, że jakaś myśl się nasunie, jakiś chochlik - i jest kiks. W trąbce "tarcza dźwiękowa" jest większa, łatwiej trafić we właściwy dźwięk. A klarnetowi wystarczy podmuch przeciągu, żeby zagrał... Klarneciści - to był żart.
Pana związek z tym okropnym rogiem trwa całe lata.
- Początkowo założyłem: kończę szkołę muzyczną, odwieszam waltornię i nigdy się nie będę do niej zbliżał na odległość strzału. Ale później bardziej mi się to spodobało. Profesor powiedział, że pojadę na konkurs. Pomyślałem: "Przecież ja nic nie umiem, nazwisko swoje zszargam".
A nazwisko ma Pan nomen omen.
- O dziwo to ja pierwszy w rodzinie zająłem się muzyką. Ale zabrałem się do ćwiczenia i wciągnęło mnie.
W Poznaniu gra Pan solo koncerty Mozarta. Serce Panu rośnie, że nareszcie ma Pan okazję?
- Uczucia mam mieszane. Cieszę się bardzo, że gram z tak świetną orkiestrą, że mnie przypadło w udziale celebrowanie urodzin Mozarta. Z drugiej strony jest normalna ludzka obawa i pokora w stosunku do muzyki, wykonania.
Mozart lubił waltornię?
- Bardzo lubił. Komponował dla waltornisty Josepha Leutgeba. Lubił go, choć żartował sobie z niego, nazywając go "wołem", "tępakiem".
O, to już za Mozarta waltorniści nie mieli łatwo.
- Bo Leutgeb miał sklep z serami. Wyobraża sobie pani, jak dziś byłby potraktowany muzyk, który ma sklep z serami (śmiech)? Mozart napisał na waltornię cztery koncerty i rondo. Koncerty są świetnie napisane i urozmaicone - może oprócz podobnych do siebie trzecich części. Znaleziono szczątki zapisów ośmiu koncertów - straszna szkoda, że się pogubiły. Waltornia miała więc w sercu Mozarta miejsce wyjątkowe.
W Polsce ponoć nie najlepiej się uczy gry na waltorni - to prawda?
- Nie chcę wsadzać kija w mrowisko, ale to chyba wiedzą wszyscy muzycy, którzy byli w Stanach. Tam specjalizacja posunęła się bardzo daleko. Całe sztaby pracują nad tym, jak oddychać, jak grać, by dźwięk był piękniejszy. To po prostu biznes, a u nas z grania trudno wyżyć. Poza tym - to smutna prawda, w której uczestniczę - wielu muzyków wyjeżdża: takich, którzy mogliby coś zmienić. Mam nadzieję, że zaczną wracać, że ja też wrócę. Ale to nie jest tak prosto, że się przyjeżdża i słyszy: "To może by pan chciał klasę na uczelni?" Raczej jest tak: "Lepiej żeby nie bruździł. Było mu tam dobrze, niech tam siedzi." Niepopularne jest to, co mówię, ale biorę za to odpowiedzialność. Choć - muszę przyznać, że tu w Poznaniu jestem zaskoczony poziomem waltornistów. Krzysztof Stencel z Akademii Muzycznej był kilka miesięcy w Stanach. Jest dobry powiew zza oceanu.
No to jak to w końcu jest: lubi Pan waltornię?
- Oczywiście. Kiedyś ja pracowałem nad nią, teraz ona mi się odwdzięcza. Pełna symbioza.
Rozmowa przeprowadzona przez Jolante Brózdę przy okazji konertów Jacka Muzyka w Poznaniu
źródło: Gazeta.pl
link do artykułu: http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36000,3161182.html